Piszę, praktykuję, oddycham, czyli tłumaczę jak to postanowiłam zostać nauczycielką jogi.

Dobrze pamiętam ten moment.

Promienie porannego słońca padały na matę. Z gracją zrobiłam wdech i luźno spłynęłam do głębokiego skłonu.

A w głowie zaświtała mi myśl. A może tak zostanę nauczycielką jogi???

Wróć…!!!

Dobrze pamiętam ten moment. Współorganizowałam wtedy warsztaty dla dzieci DADA. W kilku miejscach równocześnie. Z jednego, dość prestiżowe, chciano nas nawet wyrzucić. Bardzo to przeżywałam.

(Pani, te dzieci biegają po trawniku a rodzice tak tupią po schodach. W tą i z powrotem tupią.)

Moje dzieci były małe. Polka miała w zwyczaju, gdy rozmawiałam z jakimś 'dadowym' rodzicem, chwytać się mojej spódnicy i ciągnąć ją w dół. Kiedyś nawet się jej udało. To była taka trochę etniczna spódnica, mająca w sobie to coś. Jednak  przy moich kostkach wyglądała zdecydowanie gorzej.

Żyłam szybko i wcale nie byłam ZEN.

Od tej myśli upłynęło wiele lat. Przez 5 lat uczyłam się stać na głowie w przestrzeni a przestrzeń wokół wciąż ziała groźnie i złowieszczo. Wielu asan do tej pory nie potrafię zrobić. Czasem medytuję. Czasem nie.

Ale za to ciągle spotykam nowych ludzi, uczę od Was każdego dnia, oddycham, ruszam się i bywam często szczęśliwa.

Ostatnio pan policjant gdy zatrzymał mnie na A4, kierunek Kato.

- Dzień dobry, przekroczyła pani dozwoloną prędkość.

A czym się Pani na co dzień zajmuje?

- Jestem hmm ekhh… Joginką!!

- AAA Zbyszek, popatrz pani się zaraz ten teges do góry uniesie. W lotosie się uniesie.

No nie. Nie unoszę się. Ani w lotosie ani tym bardziej bez. Powiem więcej. Stąpam mocno po ziemi.

Ale bycie nauczycielką jogi to jak kiedyś powiedziała mi bliska joginka – najmniej stresujący zawód świata.